Do tej pory pamiętam, jak pochyla się nade mną lekarka neonantolog i mówi, że z dziećmi wszystko jest ok, są w tej chwili w inkubatorach, dostały antybiotyki i są pod stałą obserwacją, ale ich życiu nie zagraża żadnego niebezpieczeństwo. Słowa te wyryły mi się w pamięci i nic nie byłoby ich w stanie wymazać.
Kuba i Adam urodzili się w 32 tygodniu ciąży, która od 20 tyg. była ciążą zagrożoną. Spędziłam na patologii ciąży 12 długich tygodni, ale dzięki temu parę minut po porodzie mogłam usłyszeć te właśnie słowa lekarki – dzieciom nic nie zagraża.
Pamiętam ulgę, wielką, olbrzymią ulgę.
Pamiętam też, jak po chwili przerwy dodała – drugi syn ma problem z jednym uchem. Nie ma w pełnie wykształconej małżowiny. Jest ona jakby zawinięta. Nie ma też otwartego przewodu słuchowego, jest on zarośnięty. Ale z drugim uchem wszystko jest ok.
O czym ona mówi?! Jaka małżowina, jaki przewód słuchowy?
Jak to nie ma?! Przecież to niemożliwe! Nigdy nie spotkałam człowieka, który nie miałby ucha!
To jakaś pomyłka…
Boże, ile razy potem oglądałam to małe ucho Adasia. Ile razy sprawdzałam, czy aby na pewno. W końcu dotarło do mnie, że to fakt. Że nie da się temu zaprzeczyć.
Wtedy pojawiły się pytania – skąd to się wzięło? co zrobiłam nie tak? co z tym zrobić? Bo przecież nie można żyć bez jednego ucha!

Wszystkie te pytania poza: co z tym zrobić? wciąż czekają na odpowiedzi. I wygląda na to, że tak pozostanie. Z pewnością wady Adama nie mają przyczyny genetycznej, ale to wszystko co wiem. Mam pewne przypuszczenia, których nie da się jednak ani potwierdzić ani obalić, Pogodziłam się z tym, że podczas ciąży pojawił się czynnik teratogenny, który u Adama (choć u Kuby nie) spowodował między innymi mikrocję. I tyle, i już.

Adasiowi mówię po prostu – Nie wiem. Starałam się z całych sił poznać przyczynę, ale nie wiem co nią było.

Czasem dla żartu dodaję – Może to brat dał ci kuksańca i uszkodził ucho….

Chłopcy zaczynają się wtedy śmiać i poszturchiwać :-)